Breakdown – Jak wyglądały warsztaty?

Marzec 8, 2012

W „kilku” mailach (więcej niż „paru” ;) ) pytacie jak w ogóle wyglądają/wyglądały Warsztaty Charyzmy w realu. Postanowiłem uchylić rąbka tajemnicy na łamach bloga. Wydaje mi się, że jest się czym pochwalić, ponieważ jest to coś innego niż inne znane mi kursy szeroko pojętej autoprezentacji i pokrewnych.

Zacząć trzeba od tego, że koncepcja kameralnych spotkań ukuła się z mojego poglądu na klasyczne szkolenia, który to pogląd możecie zbadać tutaj. Nie ma nic złego w uczęszczaniu i robieniu takich kursów, nie zrozumcie mnie źle, w końcu ich istnienie jest odbiciem preferencji słuchaczy i wykładowców. Mnie osobiście bardziej zależy na głębszym klimacie, który moim zdaniem wpływa pozytywnie na krzywą uczenia się. Stąd do gustu przypadł mi pomysł na spotkania bliższe formie konsultacji. Do tej pory, warsztaty, oprócz oczywistej funkcji „edukacyjnej”, były po prostu świetną zabawą. Kameralna atmosfera to również katalizator do „łapania” kontaktu między sobą i kontaktów na przyszłość.

Czytaj resztę wpisu »


Breakdown – Łamiemy felieton.

Październik 7, 2010

Mały P.S. Zanim zaczniemy: To druga, poprawiona wersja tego artykułu. W pierwszej się pomyliłem i to pomyliłem się srodze. Teraz jest trafnie i schludnie. Miłej lektury.

Breakdown – Łamiemy felieton.

Całkiem zaskakującą rzeczą w prowadzeniu takiego tematycznego bloga stał się dla mnie fakt, że ostatnio większość maili pochodzi spoza grupy docelowej… W tym wypadku poczta płynie głównie od kobiet. Ale zaczniemy od drugiej strony.

Jak część z Was zapewne już zauważyła, Warsztat Charyzmy nie kręci się stricte wokół tematu zdobywania kobiet. Kobiety są bardzo ważne w procesie, który mam na myśli, ale są „tylko” jego częścią. Warsztat skupia się na zapomnianej tradycji bycia po prostu facetem. I znowu, to nie tak, że któryś z nas nie był facetem do tej pory, musi się zmienić, uciec od tego, kim był wcześniej, starać się „być bardziej czymś”, mocniej, agresywniej. To są pomysły, które nakładają na nas dodatkowe warstwy, gdzie raczej powinniśmy zedrzeć z siebie niektóre by dotrzeć do istoty rzeczy. Brzmi to nadzwyczaj głęboko i w praktyce nie jest to proces łatwy, ale moim zdaniem wszystko zależy od „chcenia”. Są pewne wskazówki dla poprawy konsekwencji – wizja, misja i ciągłe zauważanie poprawy/coraz większe zrozumienie. To jest akurat piękna strona życia, bo działa to mniej więcej tak: Pracujecie nad swoim małym projektem/procesem, dni mijają, nie ma poprawy… Następnego ranka budzicie się ze zdziwioną miną – „o… załapałem, jedziemy dalej”. Taki cykl powtarza się wiele razy i tyczy się każdej dziedziny. Nie ważne, czy jesteście mistrzami kung-fu, marketingu, czy skończonymi nieudacznikami – dojście do tego kosztowało Was czas i ćwiczenia/praktykę. To oczywiste, że nic nie przyjdzie samo po przeczytaniu artykułu, czy nawet książki. Nic się nie zmieni po dziesięciogodzinnym warsztacie. Trzeba wracać do wniosków, które się wyciągnęło, wbić się ten cykl. Ale, co ja będę… Znacie proces.

Jeżeli zedrzeć z nas te niepotrzebne „warstwy” to co nam zostaje i co zdzieramy? Po pierwsze: najważniejsza jest świadomość własnej misji/celu. Jeżeli nie wiecie co to jest, czym prędzej tego poszukajcie. To mogą być proste rzeczy, mogą być uniwersalne, ale trzeba je zdefiniować i zatopić się w dążeniu. Dla mnie misją jest uczyć, kochać, zdobywać wiedzę, bawić się, śmiać się, podziwiać, eksplorować i widzieć istotę, a potem ją docenić. Nie można tego osiągnąć, jeżeli jest się niewolnikiem własnych obowiązków i powinności, jeżeli nie ustali się priorytetu na wypełnianie swojego celu. Ludzie, których życia znaczyły coś więcej nie czekali na lepsze czasy, okazje, okoliczności, czy ułatwienia. Nie czekali aż poczują się lepiej, czy będzie im się bardziej chciało. Co więcej, sami jesteśmy odpowiedzialni za ucinanie własnego lenistwa, złości, okoliczności, niezrozumienia itp. Nie ma na co czekać i kogo winić. To wymaga nie lada charakteru, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Jeżeli nie potraficie odkryć tej pierwotnej wolności w sobie, kiedy mężczyzna jadł kiedy był głodny, spał kiedy był śpiący, tworzył kiedy chciał się spełnić i (tak dziewczyny) uprawiał seks kiedy czuł się podniecony, to mówię Wam i mówię Wam dobrze nie będziecie w stanie znaleźć i zatrzymać przy sobie kobiety, która będzie Was w tym wspierać.

A teraz przychodzi czas na tę część, która mnie zadziwiła i tę część zmieniłem najmocniej, ponieważ wcześniej się po prostu myliłem. Maile, które zwróciły moją uwagę pochodziły od kobiet, które nie były pewne, czy dobrze wpasowują się w to, co dotyczyło ich w poprzednim artykule. I teraz słuchaj się mnie kobieto, bo dwa razy powtarzał tego nie będę. Twoim celem życiowym jest kochać i rozświetlać życie swojego mężczyzny. Jeżeli trudno w to uwierzyć, albo godzi to w Twoją dumę, to po prostu nie jesteś ze sobą szczera, albo nie dorosłaś do bycia w pełni kobietą. Możesz prezesować najagresywniejszemu, globalnemu bankowi, a Twój mężczyzna może zostawać w domu z dziećmi i dopóki Twoim celem jest kochać, troszczyć się i wspierać go w jego misji, to wszystko jest w porządku. Teraz słuchaj jeszcze uważniej: Twój mężczyzna może wiedzieć, że jest kochany, wspaniały, seksowny, ale nigdy nie wolno Ci się zachowywać tak jakbyś była przekonana o tym, że on wie. Nigdy, natomiast nie mów niczego z grzeczności, nie przytulaj bo wypada, nie całuj ponieważ minęło kilka minut za długo. Jeżeli czujesz, że nie masz za co go podziwiać, albo po prostu nie masz na to ochoty, to zostaw go i tego nie rób w ogóle. Tak jest uczciwiej. Ja wiem i to naturalne, że przejmujesz się wieloma rzeczami, że czasami nieduża sprawa potrafi popsuć Ci cały dzień. Część z nas to rozumie, część z nas nie i jeżeli masz faceta z tej drugiej grupy to go uświadamiaj, że to złamany obcas powoduje w Tobie takie spustoszenia. Inaczej bierzemy odpowiedzialność na siebie. A nic nie zabija faceta tak bardzo jak bezradność.

Często powtarzam, że to mężczyzna w ostateczności jest odpowiedzialny za wiązanie w pary. Ale powtarzam też przy tym, że wybór JEST wyborem i jeżeli kobieta nie wybierze swojej misji (kochać i wspierać, doceniać, wciąż na nowo, i poświęcać uwagę), to w takiej sytuacji ona pierdoli sprawy. Amen.


Breakdown – Bądź pasjonujący, nie „wyjebany”./ Zbuduj sobie życie, part 2

Sierpień 5, 2010

Żyjemy w czasach kiedy panuje moda na bycie niezaangażowanym w nic, co ma jakikolwiek sens, a za nonkonformistów uważa się członków subkultury zwanej „indie”.

Wszyscy są tak skupieni na byciu innym, że wychodzi im dokładnie coś odwrotnego. Każdy dzisiaj ma „wyjebane na 200%”, ubierając się w kamizelki do T-shirtu, jeansów i trampek, a na to jeszcze kapelusz a’la MJ. O za dużych okularach aż ciężko mi się pisze. Tak czy inaczej, jaki procent quizu na fejsbuku by nie wyszedł, każdy z nich ( i każda zarazem) jest tak ciężko przerażony tym, co mogą myśleć inni, że styl niezależny jest dzisiaj najlepszym jeżeli tylko chcecie wpasować się w społeczeństwo. Inaczej. Styl niezależny stał się ostatnio modą.

Druga sprawa to samo posiadanie „wyjebania na wszystko”. To jest zabawne. Nie mówię już nawet o niezaangażowaniu w jakąkolwiek aktywność, a nie daj Bóg ktoś wykaże inicjatywę w dyskusji o poglądach, dajmy na to, politycznych. Rażony jest gromem spojrzeń o łącznej temperaturze środka Ziemi. Pochwalcie się za to, że widzieliście kogoś w skarpetach ubranych do sandałów, a jesteście cool dopóki czegoś nie spieprzycie. Ludzie są tak zajęci pozorami, że aż nie widzą, że spod tych pozorów nie wystaje skrawek, ale cała, pognieciona od siedzenia koszula ich rozpaczliwej pustki. Nie raz widziałem wypicowane panny w panterkach mówiące, że mają „wyjebane”, a wdające się w słowne przepychanki. Nie rzadko też widuję facetów, którzy mają tak „wyjebane” na wszystkich, że słownie pół godziny przebierają ciuszki w H&M, uważając czy kolczyk w brwi i ułożone włosy nie padną ofiarą – odpowiednio – przypadkowej metki i nawiewu klimatyzatora.

Ja mówię: miejcie wyjebane. Ale na rzeczy, którymi nie ma sensu się zajmować. Między innymi na to, co myślą inni. Zaangażujcie się za to w coś wymiernie konkretnego. Coś, o co zapytani zaczniecie się rumienić i opowiadać z prędkością karabinu maszynowego. Cokolwiek, co będzie wymagało włożenia weń całego serca. Wasze miasta potrzebują osób zaangażowanych. Artystów, obserwatorów, publicystów, organizatorów, czy animatorów. Jeżeli to nie ta bajka, skupcie się na mniejszych grupach ludzi, albo w ogóle na sobie. Bądźcie znani z czegoś. O czym Wasi starzy znajomi będą opowiadać nowym.

Mówię też: dajcie sobie spokój z indie, czy nieindie, barwną modą. Tak, wiem, że peacocking jest przydatny i w dobrym ubraniu, przy pełnym wypicowaniu poziom pewności potrafi wzrosnąć. Dlatego miejcie dobrą koszule, spodnie i buty, wyprasowane i czyste. To zdaje egzamin stuprocentowo. Kiedy przychodzi czas imprezy goście indie przez większość czasu są obserwatorami. Gdzieś na początku, w okolicach 23:00 błyśnie flash, zostaną otwarci przez laskę, która przymierzy ich przeciwsłoneczne okulary (noszone cały czas w ciemnym klubie), czy potarga ich zajebisty wisior. Wydaje się oczywiste, że lepiej być otwartym niż nie, ale z doświadczenia wiem, że prawdziwy social proof, prawdziwa impreza, tam gdzie jest mi dobrze to stolik typów w poczciwych pięćset-jedynkach i zwykłym T-shircie, bądź koszuli. Możecie mówić co chcecie; powoływać się na najbardziej szanowanych PUA guru, ale dopóki nie sprawdzicie, jesteście biedniejsi o wspaniałą noc.

Reasumując. Kiedyś, dawno temu wywijałem sobie deskorolką. Uczył nas lokalny wymiatacz, a my jako nieopierzeni zadawaliśmy mnóstwo irytujących pytań. „W sumie, to jak powinien ubierać się skater?”. Nasz mentor miał anielską cierpliwość i mądrość mistrza Zen. „Nie trzeba luźnych spodni, czy wąskiej koszuli. Znam rasta, który jeździ. Znam skina, który jeździ. Mogę założyć szlafrok i kasować murki.” Młodzi i chłonni następnego dnia kasowaliśmy murki w szlafrokach i klapkach. Próbowaliśmy znaleźć swój styl, aż każdy z nas go osiągnął. Mówię: Znajdźcie swój szlafrok, wąską koszulę, czy pięćset-jedynki. Amen.


Breakdown: The chat/Gadka

Czerwiec 16, 2010

Za każdym razem, do znudzenia i nieprzerwanie, uczniowie pytają o czym rozmawiać. Pytają o konkretne tematy, które kobiety mogą preferować. Wszystko by uniknąć tej pustej przestrzeni w czasie rozmowy, gdzie wszyscy czują się przytłoczeni ciężarem ciszy. Na twarzach maluje się zniecierpliwienie, zakłopotanie, znudzenie. Napięcie aż elektryzuje postronnych ludzi obserwujących taką grupę.

Najprostsza odpowiedź na takie pytanie to rutyna. Daje natychmiastowy efekt doraźny, niezręczna cisza zostaje przerwana. Zawsze miejcie przygotowanych kilka rutyn, które można „odpalić” w chwili takiej ciszy. Do Was należy jej przerwanie, bo to Wy przewodzicie grupie i każda chwila dyskomfortu grupy działa na Waszą niekorzyść bardziej niż na innych.

Niestety, tak samo jak lek na grypę, tak rutyna nie zwalczy „wirusa”. Jeżeli takie przerwy sprawiają Wam często kłopoty, to dość dobry znak, by przyjrzeć się bliżej konstrukcji modelu.

Model zakłada trzy główne fazy – zainteresowanie, komfort i uwodzenie. W „zainteresowaniu” nie ma prawa pojawić się żadna niezaplanowana chwila ciszy. Nie ważne czy używacie rutyn, czy uprawiacie podryw w stylu wolnym, zainteresowanie lub jego brak to kwestia raczej sekund niż minut, a każda chwila ciszy pozbawia Was cennego czasu. Pamiętajcie że „okno okazji” dość szybko się zamyka, tym bardziej, że negatywne emocje będą wiązane z Waszą obecnością. W A3, czyli kwalifikacji może dojść do intencjonalnej ciszy, kiedy sprawdzamy, czy target podejmie wysiłek kontynuowania konwersacji.

Zupełnie inną kwestią jest faza komfortu, gdzie osobiście od wieków zalecam „wyłączenie gry”. Wyłączenie, ponieważ nie należy w takim stopniu polegać na rutynach. Cudzysłów, ponieważ istnieją pewne wskazówki, czy techniki, które wzmagają działanie naturalnego procesu.

Przyjęło się, że w „komforcie” czasami przychodzi czas na tzw. fluff talk, czyli rozmowę o niczym. Takie zajmowanie czasu gadką może być przydatne, jeżeli nie znamy wystarczająco dużo technik wspomagających komfort, lub nie potrafimy świadomie kierować poprzez rozmowę stanami emocjonalnymi kobiety. Samo spędzanie czasu niejako wytwarza poczucie komfortu, więc tragedii nie ma. Fluff talk niestety z reguły nie jest tak ekscytujący jak świadomie prowadzona rozmowa, czy konkretne techniki, jest też niezwykle podatny na wyczerpanie i powstanie niezręcznej ciszy. Osobiście radziłbym umiarkowanie stosować fluff, ale jeżeli już musicie to te kilka wskazówek może Wam się przydać: Po pierwsze i najważniejsze – jak najmniej bezpośrednich pytań. Dopiero kiedy czujecie się naprawdę zainteresowani czymś, wtedy ewentualnie możecie zapytać. Im więcej zdań twierdzących tym lepiej. Ba, informacje czasami można uzyskać szybciej tak układając twierdzenia, że druga strona musi odpowiedzieć. Nie zgłębiajcie logicznych zagadnień. Chcecie się z nią porozumieć na poziomie emocjonalnym, to tam buduje się komfort. Mówcie obrazowo, opisujcie wiele szczegółów. I znów, nie jaki był rozmiar śrub, a raczej jak świeży zapach trawy i jej niesamowicie soczysty, zielony kolor oddziaływały na Wasz stan. Kolejna sprawa, dopóki nie macie w tym jakiegoś celu, wystrzegajcie się drażliwych tematów, a już totalnie odradzam rozmowy o polityce, pracy, czy o stresujących sytuacjach. To jak strzał w stopę. Jakie tematy polecam? Mówienie o sobie, o niej, o Was, o zabawnych sytuacjach, przyjemnościach, o tym jakie macie pomysły na spędzanie czasu wolnego to bardzo popularne i zdające egzamin „fluff tematy”.

Dużo ciekawszym pomysłem jest świadomy dobór tematów rozmowy i celu w jakim je podnosicie. To otwiera wiele możliwości. Przede wszystkim daje okazję do pogłębienia Waszego poczucia komfortu. Generalnie można je podzielić na takie które oddziałują na konkretny składnik dobrej relacji: Komunikację/podobieństwa, intymność i konspiracja. Generalizując, na komunikację dobrze wpływają gry psychologiczne, cold reading (zimny odczyt), czy grounding sequence (o którym więcej w jednym z poprzednich artykułów). Konspiracja, czyli uogólniając wrażenie, że oto jesteśmy my i reszta świata, która nie ma dostępu do naszych wewnętrznych rozważań, wspólnych żartów itp. Tutaj doskonale działają wszelkie zabawy w odgrywanie ról, mówienie szeptem, wspólne obserwowanie obcych ludzi. No i intymność. Techniki eskalacji dotyku wydają się pasować jak ulał. Ale także pamiętajmy powracać do wcześniejszych szczebelków kina. Także kampania „Porwałaś mój umysł” działa tutaj, chociaż nie bezpośrednio, acz jej brak byłby w końcu zauważalny.

Kiedy już prowadzimy rozmowę pamiętajmy o projekcji głosu. Raczej głośniej niż ciszej (bardzo precyzyjne sformułowanie xD) i starajmy się pogłębić nasz głos. Mówcie przynajmniej jedną trzecią wolniej niż normalnie, używajcie pauz. Jeżeli komunikujecie się z nią świadomie na poziomie emocjonalnym, wiedzcie, że tonacja głosu i prędkość mówienia to trzy czwarte sukcesu.

Co dokładnie znaczy komunikacja na poziomie emocjonalnym? Zawsze kiedy coś mówicie wywołuje to jakąś reakcje emocji w rozmówcy. Ekscytacja, znudzenie, złość, radość i tym podobne. Dlaczego nie mielibyśmy świadomie wybierać takie tematy rozmów, które będą wzbudzać pożądanie w danej chwili emocje? To się nazywa inteligencja emocjonalna. Jeżeli opowiadacie jak mucha usiadła Wam na kanapce, a Wy przypadkowo ją zjedliście i czuliście dziwny posmak żując ją, kiedy jej porozrywane flaki przetaczały się po Waszej buzi… Starczy. No coś jest nie tak z tą historią. Może wywoływać histeryczny śmiech u Waszych kumpli przy piwie, ale na litość Boską po co mielibyście to opowiadać kobiecie? Negatywne emocje; obrzydzenie byłoby przywiązanie do Waszej osoby srebrną nicią. Uważajcie i przewidujcie jakie emocje wzbudzi to, co mówicie i filtrujcie nowe pomysły. Podobnie jest z nadmiernie logicznymi sprawami. Nawet jeżeli jakimś cudem traficie na dziewczynę, która jest w stanie ogarnąć pracę zawieszenia w sportowym bolidzie, czy tajniki języków programowania to i tak nie komunikujecie jej nic na poziomie emocji. Logicznie rzecz biorąc Wasza konwersacja będzie przejmująca i ciekawa, jednak nie zbuduje to pomiędzy Wami trwałego połączenia. Ja proponuję zacząć ekscytować się niewielkimi rzeczami. W cenie jest poczucie radości i satysfakcji, a jeżeli przy Was i ona będzie odczuwać takie stany tym lepiej dla Was. Niby nic, ale tabliczka pysznej, rozpływającej się w ustach czekolady. Kupiona w olbrzymiej kolejce, która tylko potęgowała ochotę na, chociażby jedną, kostkę. Szybki powrót do domu i rozpakowywanie jej z klimatycznego sreberka jak prezentu gwiazdkowego. No i w końcu samo skosztowanie słodyczy i strzelający prosto w ośrodek przyjemności impuls. To jest to, co chcecie jej zakomunikować.


Breakdown – Pewność siebie, a arogancja.

Luty 27, 2009

Pierwsza i najważniejsza sprawa: Pewność siebie to tylko iluzja. Jeżeli jestem wychylony z samolociku na wysokości czterech tysięcy metrów, trzymam się dwudziestoletniej blachy, która wibruje niczym młot pneumatyczny po zdjęciu zabezpieczeń, ludzie, których widzę pierwszy i, zapewne, ostatni raz panikują i modlą się do czterech różnych bogów… W perspektywie mam próbę samobójczą, która w planach ma się nie udać przez kawałek płachty upchniętej do mojego plecaczka, która mogła sie zaplątać w miliardy kilometrów linek. Jeżeli to wszystko dzieje się i przemyka po mojej głowie z prędkością mrugającej powieki, w takim wypadku pytam się jakim cudem mam być pewny siebie? Dodam tylko, że podejście do nieznajomej kobiety dla zdrowego mężczyzny to bardzo podobna dawka adrenaliny.

Jako, że nie pozbędziemy się skoku adrenaliny, a nasz strach jest wpisaną reakcją emocjonalną, której nie damy nalepki „disabled”, skoro to wszystko dzieje się poza naszą logiką i świadomym objęciem mówię: dajmy sobie spokój ze zwalczaniem tego. I jeżeli nie doceniajmy tego jak nasz mózg jest zbudowany, to przynajmniej zaakceptujmy taki stan rzeczy. W takim czy innym wypadku musimy użyć wszystkich możliwych środków, aby stworzyć wrażenie bycia pewnym siebie w każdej sytuacji. Długie wymuszanie na swoim ciele odpowiednich reakcji na sytuacje, które nas otaczają sprawi ukształtowanie się odruchów warunkowych.

W takim wypadku, kiedy jestem w tym pieprzonym samolociku i czuje wszystkie objawy strachu przed utratą życia mogę uspokoić, pogłębić oddech. Zwolnić swoje ruchy, rozluźnić mięśnie. Nadać ton i rytm swoim słowom. Kiedy przejmuje świadomą kontrolę nad swoim ciałem, dla wszystkich ludzi, którzy wtedy mnie zobaczą będę wzorem pewności siebie. I wciąż nie mówię tu o próbowaniu stawania w opozycji do odczuwanego strachu. Wtedy rzeczywiście wychodzę na gościa, który próbuje… „Try hard”. Nie krzyczę „NA POCHYYBEEEEEEL” pokazując uśmiechu nr. 3. Nie. Raczej przejmuje kontrolę nad ciałem, głosem i oddechem mówiąc: „Do zobaczenia na dole” – Hop.

Arogancja to rodzaj panicznej reakcji na fakt, że nikt poza nami może nie uważać naszej osoby za tak wartościową jaką, według nas samych, jesteśmy. Nic więcej. Mając to na uwadze, nie chcemy być aroganccy, ponieważ świadczy to jedynie o naszym braku pewności. I mówiąc to absolutnie nie celuję w teorię negów, metodę rozbawiciela, czy bycia „słodko aroganckim” jak to określiła moja bliska znajoma. Neguję bycie chamskim, snobistycznym, nie-dającym-się-lubić monstrum, które nie szanuje żadnego człowieka, poza sobą.

Usiądź szeroko, na „amerykańską czwórkę”, oprzyj dłonie na udach, mów głębszym głosem i 1/3 wolniej. Dodaj powolną gestykulację i wyraz twarzy, jak gdyby słowa, które wypowiadasz wciąż miło Cię zaskakiwały, a brzmienie Twojego głosu było przyjemne jak łyk ambrozji. Skup wzrok lekko ponad ludźmi, tak jakbyś wyobrażał sobie o czym mówisz, wyobraź sobie o czym mówisz. A kiedy skończysz zdanie delektuj się ciszą, jaka nastąpi w towarzystwie. Wszyscy będą czekać na więcej.

To taka mała próba podejścia indywidualnego @up. Wejdźcie do najwyższego budynku w okolicy, znajdźcie jakiś taras widokowy. Złapcie się pewnie barierki i wychylcie się poza nią patrząc w dół. To napływ adrenaliny, podczas którego przyjdzie Wam pracować. Logicznie rzecz biorąc jesteście bezpieczni, niestety Wasz umysł zdążył już zareagować. Miłych ćwiczeń :D (tak, to było bezczelnie aroganckie)


Breakdown part … – Patterning

Luty 13, 2009

Chciałbym powiedzieć pare słów o pięknej rzeczy jaką jest patterning. Używanie tej techniki w podrywie jest poniekąd niedostępne dla zwykłych śmiertelników, tudzież amatorów podrywu trudniących od niezbyt długiego czasu. Ja zainteresowałem się tym z początku bardzo niechętnie, gdyż nie wierzyłem w skuteczność tej metody uwodzenia. Teraz z każdym nowo otwartym setem przekonuję się, że zaczynając przygodę z patternami mój skillset wskoczył na zupełnie nieoczekiwanie wysoki poziom.

Ale do rzeczy: Patterning polega, przynajmniej w początkowej fazie na recytowaniu wyuczonych rutyn, opowieści. Owe historie pod płaszczykiem wątku “niejako” fabularnego  kryją tzw. słowa klucze działające na podświadomość. W tym tkwi główna siła tego agadnienia – działanie na podświadomość. Najpierw zastanówmy się w taki sposób działa mechanizm wpłynięcia na wolę kobiety? Jak stać się główną częścią jej świadomości bez której ona nie umie się obyć, albo brak tej części w jej życiu sprawia, że jest nieszczęśliwa, czegoś jej brakuje? W ogólnym rozumieniu jest to mechanizm działający na przestrzeni długiego czasu, trwa on od momentu kiedy dziewczyna/kobieta nas prawdziwie pokocha. A co jeśliby ten cały proces przyspieszyć do jednej, góra dwóch historii, które mogą w sumie trwać nie więcej niż 20 minut?  Interesujące, prawda? Indeed.  To właśnie daje nam patterning, uczucie kobiety, że to my stajemy się  jakoby jedynym powodem dla którego żyje. Przynajmniej przez jakiś czas.

Na korzystny efekt tego działania składa się wiele czynników zależnych od nas samych. Czynniki te to: barwa naszego głosu. Każdy z nas posiada umiejętność modulacji swojego głosu w pewnych przedziałach.  Właśnie ta umiejętność, to JAK  wymodelowany jest głos wpływa na to jak nas odbierają inne osoby. Mozna powiedzieć, że to jak mówimy wpływa na ocenę naszej osoby. Nasz rozmówca, w tym przypadku rozmówczyni może wyczuć poziom energii, zdenerwowania (ono zawsze jest obecne. Dzięki modulacji możemy to zamaskować) itp. Następna cecha związana z naszą przemową to stosowanie PAUZ, znaków interpunkcyjnych, oraz baaardzzooo spokojne wypowiadanie kolejnych słów. Więc od dziś wszyscy mówimy wolniej i nie chodzi tu wcale o dziwne przeciąganie wyrazów tylko o jasne przekazanie informacji. Następnie możemy przystosować siłę głosu do panującego środowiska. Te wszystkie czynniki są bardzo, ale to bardzo ważne w używniu patternów. 

Początkowe używanie gotowych rutyn, które muszą być wyuczone na pamięć, pozwala na zapoznanie się z mechanizmami używania swojego skarbu, którym jest głos. Wszyscy chcący się posługiwać tą techniką muszą zadbać o to. Musicie wiedzieć, że posiadając tę wiedzę musicie być świadomymi ludźmi. Sami pomyślcie ,co mogło by się stać, gdyby tę wiedzę posiadł jakiś napalony dzieciak – kilka godzin z życia paru niewinnych dziewczyn/kobiet zmarnowane. Jeżeli uważacie, że to takie proste – sekwencja kilkudziesięciu słów, gestów i odpowiednio wykalibrowany głos pomoże Wam systematycznie przyciągać do Was kobiety – nie mylicie się. 

Na dalszy ciąg zapraszam do następnego wpisu.  Pozdrawiam, Adius.


Breakdown part 1 – Reguła trzech sekund

Luty 10, 2009

Reguła trzech sekund. Proste trzy słowa, które składają się na jedną z najważniejszych zasad/powinności/must be done „artystów”. Jednakże, wiele osób, których tym mianem osobiście bym nie określił… Hmm raczej dowolnie interpretuje, bądź przedstawia bardzo pokrętne rozumienie wyżej wymienionej zasady.

Ale po kolei: Jako, że każdy zdrowy „samiec” posiada wbudowany strach przed podejściem, cześć gości, która ma potencjał bycia naprawdę dobrymi w tej sztuce, cierpi na tzw. godzinę amatora. Strach to emocja/motywator/impuls, który ma deprecjonować nasze dobre samopoczucie, dopóki nie zaprzestaniemy prób. Dlaczego boimy się rzeczy, o których wiemy świadomie, że są bezpieczne? Po pierwsze świadomy umysł i system emocjonalny to, z praktycznego punktu widzenia, dwie osobne rzeczy. Po drugie świadomość łatwo można oszukać i w przeszłości (mówię tu o naszej genetycznej przeszłości, drodze ewolucji) zdarzało się to na tyle często, że wykształciliśmy w sobie tę rozdzielność. Podświadomie zbieramy zdecydowanie więcej informacji niż ogarniamy świadomością (odległości, kształty, kolory, prawdopodobieństwa, prędkości, siły, oddechy, ilość uderzeń serca, subkomunikacja itp. itd ect.). Od cholery danych umyka nam, albo raczej nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że przetworzyliśmy tak dużą ilość danych. I teraz, umysł przelicza sobie codzienne sytuacje, porównuje ze statystykami (które dziedziczymy po przodkach) i wysyła odpowiednie sygnały ciału. Niektóre z nich nazywamy refleksem, odruchami, stanami emocjonalnymi, bólem, przyjemnością, odczuciem, postrzeganiem – ciągle coś się dzieje.

A teraz coś bardzo optymistycznego: Gdyby mózg dowolnie wybranego człowieka dostawał wciąż doskonałe dane, ów człowiek nie popełniałby błędów. Błędy to wyniki z niepoprawnych danych. Dlaczego jednak nie popełniamy wciąż błędów (ponieważ niedoskonałe informacje zbieramy cały czas)? Podświadomość zawsze stara się nas nakłonić do wybrania „mniejszego zła”. Przykład. Biegnie sobie dzieciak ścieżką w lesie (powiedzmy środkowo amerykańskim) i widzi ruszający się stos liści. Dostaje niedoskonałe informacje, ponieważ nie wie co jest pod liśćmi. Jednak taka sytuacja to bardzo dobry wskaźnik na to, że na drodze dzieciaka znajduje się wąż. Chłopiec ma dwie opcje: Przebiec po liściach, albo obejść wzgórze powiedzmy. Obydwie decyzje mogą mieć nieprzyjemne konsekwencje. Obejście wzgórza to wydatek energii i czasu, bieg po stercie liści w wypadku gdy jest tam wąż skończy się śmiercią. Mózg chłopca ocenia sytuacje, liczy prawdopodobieństwo, porównuje ze sobie tylko znaną statystyką i wybiera mniejsze zło – chłopczyk odczuwa silny strach przed wężem (którego może wcale tam nie być!) i obiega pagórek.

To samo dzieje się dziś z nami. Widzimy piękną kobietę. Nasz umysł ocenia jej wartość (w oparciu, jeszcze raz, o niepewne dane) i wysyła nam impuls: podejdź/zdobądź/poderwij/cokolwiek. Z drugiej strony nasza struktura plemienna (w której wciąż żyją nasze mózgi… Pomimo otaczających nas mas ludzi i technologii. Ewolucja działa bardzo powoli.) każe nam przypuszczać, że ta kobieta jest „chroniona” przez swojego partnera, który może zrobić nam poważną krzywdę. Zatem jednocześnie odczuwamy chęć obcowania z tą kobietą i strach przed podejściem do niej. Co najlepsze w dzisiejszych czasach nie ma to praktycznie żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. Ale i tak to czujemy. I system emocjonalny działa w taki sposób, że na każde nasze zawahanie odpowiada silniejszą dawką emocji. Co za tym idzie, im dłużej czekamy przed tym pieprzonym otwarciem, tym bardziej odczuwamy strach i kończymy nie podchodząc. Dochodzimy do momentu, gdy napięcie nerwowe uniemożliwia poruszenie jakimkolwiek mięśniem.

I tutaj przychodzi czas na regułę trzech sekund. Jej zadaniem są dwie rzeczy: Zminimalizowanie uczucia „godziny amatora”/strachu przed podejściem. Druga opcja tej zasady jest na wypadek, gdyby któreś z Was miało ochotę wyjść do klubu samotnie (co samo w sobie znajduje się w podstawowym skillsecie arytysty podrywu).

Reguła trzech sekund: Od chwili kiedy uznajecie: „hmm, jest goraca” do momentu w którym faktycznie otwieracie set ma minąć nie więcej niż trzy sekundy (oczywiście w miarę możliwości, nie każę Wam biegać, czy rozpychać się łokciami). Jeżeli wychodzicie sami do klubu: od chwili otwarcie drzwi ma minąć nie więcej niż trzy sekundy zanim otworzycie pierwszy set. Done. Moja sugestia? W tym wypadku jedna – miejcie zawsze przygotowany jeden zapuszkowany otwieracz, na którym możecie polegać, aby rzeczywiście przestrzegać tej reguły.


Lifestyle. Ultimate rozprawa!

Styczeń 25, 2009

Czym jest dobry, zdrowy, dający oczekiwane efekty lifestyle? Po pierwsze nie zawsze to, czego aktualnie chcecie jest dla Was najlepsze. Dziwne? Ile razy nie chciało się Wam wstawać z łóżka? Zrobić zakupów? Popracować, czy poćwiczyć?

Jak wygląda struktura pożądanego stylu życia? Od początku. Są trzy główne dziedziny, w których sukces daje szczęście. Są one połączone ze sobą w sposób symbiotyczny. Mówiąc prościej aby czerpać maksymalną satysfakcję trzeba jak najlepiej spełniać warunki tychże dziedzin. Są nimi Zdrowie, Bogactwo, Miłość. Jeżeli chcielibyście bardziej szczegółowego rozbicia zapraszam do zapoznania się z piramidą potrzeb Maslowa. Na czym polega praktyczne wykorzystanie tej wiedzy? Po pierwsze potrzebujemy zdać sobie sprawę, że niewielkie szczegóły, pojedyncze subtelności tworzą wielkie różnice.

Zdrowie: Fizyczne i mentalne. Każdego dnia musimy zrobić coś dla swojego zdrowia. Najlepiej gdy są to przysiady i pompki, sport, czy aktywny wkład intelektualny w swoją dietę. Wliczają się w to także rzeczy absolutnie pasywne, jak odłożenia na ok pewnych nawyków żywieniowych. Chipsy, słodycze, piwo w dużych i regularnych dawkach szkodzą. Serio. Na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Nawet jeżeli tego dnia przewalczyliście ochotę na sięgnięcie po zapychacze brzucha i wyszliście na kilkudziesięcio minutowy spacer użycia bez samochodu, Wasz organizm odwdzięczy się wysyłając odpowiednią paczkę endorfin ośrodka przyjemności :D . Za mentalne zdrowie odpowiada zmniejszenie codziennej dawki telewizji, zadbanie o odpowiedni sen. Musicie również uzmysłowić sobie, że myślenie o problemach w czasie, który przeznaczacie na coś innego szkodzi. Ćwiczcie koncentracje, aby pozbyć się tego nawyku. Odpowiednio dobre samopoczucie może dać także codzienna toaleta. O skórę, rozluźnienie mięśni, przyjemny zapach ciała i odpowiednio bliskie golenie także trzeba zadbać. Przy odpowiednim „namaszczeniu”, poranne radzenie sobie z zarostem również może być przyjemnością.

Oczywisty jest wpływ zdrowia na inne dziedziny życia. Nie będziemy równie wydajni podczas codziennych czynności, jeżeli nasz organizm przeżywa kryzys. Człowiek, który o siebie nie dba jest również mniej atrakcyjny dla „najbliższego społeczeństwa”.

Bogactwo: Z braku lepszego słowa tytuł tego akapitu będzie symbolizował nie tylko ilość naszych materialnych zasobów, ale co może nawet ważniejsze. Każdy z nas musi być ekspertem w jakiejś dziedzinie. Musi być znany z CZEGOŚ. Wszystko, co uważacie za wartościowe, co wzbogaca Wasze codzienne życie, musicie mieć opanowane do perfekcji. Nawet z przesadą. Lubicie grać w siatkówkę? Grajcie z perfekcyjną techniką. Szachy? Jak arcymistrz. Gracie na instrumencie? Slash ma wymiękać. Piszecie, malujecie, haftujecie, gracie w curling, bilard, programujecie, zajmujecie się marketingiem, zarządzaniem, składacie rury, czy remontujecie mieszkania? Macie być niedoścignieni w jakiejś dziedzinie. Postawcie sobie cel i dążcie do perfekcji. Taki mały wjazd na ambicje: Jeżeli robisz coś i są ludzie od Ciebie lepsi, to po jaką cholerę to wykonujesz? Zostaw to im. Każdego dnia zróbcie coś, aby podnieść swój status. Bądźcie lepsi każdego wieczoru od wersji siebie z rana. I znowu, jeżeli nie ma innej możliwości, niewielkie czynności się liczą. Oprócz satysfakcji musimy zadbać o swoje mieszkanie, wehikuł, czy ubranie, a także stan konta. Nie po to, aby świecić zegarkiem Bonda po oczach innym. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa finansowego.

Wpływ na pozostałe dwie dziedziny, znów jest dość prosty do zauważenia. Jeżeli zachorujecie i nie macie za co się leczyć, w ekstremalnych wypadkach możecie zginąć. No i jeżeli nie potraficie zgromadzić zasobów dla siebie, to jakim cudem nagromadzicie ich tyle, aby starczało dla Was, Waszych partnerek i dzieci? Nie ma opcji. Dbajmy o siebie w pierwszej kolejności, aby móc dzielić się swoją wysoką wartością. Aby wzbogacić życie innych.

Miłość: Mieści się tu poczucie akceptacji i uznania, szacunku oraz bycia potrzebnym. To w tym miejscu jestem pytany o te niby sprzeczności wynikające z poszerzania wiedzy o dynamice społecznej, matematyce umysłu i wiązaniu w pary. Coś co bardzo ciężko jest wytłumaczyć, to jedynie można zademonstrować. Główna zasada wiązania w pary polega na uświadomieniu sobie, że nie ma na świecie bezinteresowności. Nawet tak piękne rzeczy jak fundacje, akcje non-profit nie działają bezinteresownie. Nie ciskajcie gromów, czytajcie dalej, rozjaśniam: Największy polski dobroczyńca (Janina Ochojska) robi to, co robi ponieważ uważa to za swój obowiązek. Gdyby zaprzestała, lub w ogóle nie zajęła się humanitaryzmem nie poczułaby czegoś tak wspaniałego, słowa, do którego wszyscy dążymy: Spełnienia. Jeżeli ktokolwiek zapyta mnie, jak wygląda osoba spełniona, odpowiadam bez wahania.

Hmm… Lepiej będę trzymał się tematu. Miłość dwojga ludzi do siebie, czy po mojemu – wiązanie w pary, pomimo świadomości, że jest to deal (ja daję Ci więcej mojej wartości Przetrwania, w zamian dostaję więcej z Twojej Replikacyjnej wartości), odczuwam tak samo silnie. Co więcej, dzięki głębszemu zrozumieniu, uważam, że mogę dawać więcej przyjemności partnerce niż ktoś, kto wciąż uważa to wysoce abstrakcyjne uczucie. W prostszych słowach, niektórym miłość, zadurzenie, fascynacja odbiera rozum – czy to nadal jest tak piękne, gdy prowadzi do znudzenia i przewidywalności? Osobiście, nie sądzę.

Ta dziedzina odwołuje się do naszego życia społecznego. Wzbogacić je możemy codziennym spotykaniem się z ludźmi. Miejcie kilka swoich kółeczek przyjaciół, spotykajcie się z wieloma kobietami. Potencjalnymi partnerkami, oraz przyjaciółkami, które są tak samo potrzebne.

Brak sukcesów na tym polu działa najmniej zauważalnie, acz najbardziej dobitnie. Wszelkie depresje, samobójstwa (zdrowie mentalne), spadek wydajności pracy, zaprzestanie doskonalenia się w ulubionych sztukach (bogactwo, satysfakcja).

Słowo na niedzielę: Niektórzy ludzie przychodzą do Gry jako magicznego środka na wszelkie niepowodzenia. Nie ma cudownej pigułki na dobre życie, łatwej drogi do celu. Gra nie usunie shitu z życia. To tylko nowa jego porcja… Problemy jakości ;) Moja porada? Codziennie podejmujcie świadomy wysiłek. Efekty przyjdą z czasem, przy każdym spojrzeniu wstecz. Amen.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.